Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Sumienie polskiego Kościoła

Wczoraj (9 marca 2025 r.) miałam okazję wziąć udział w spotkaniu autorskim z Tomaszem Terlikowskim, autorem biografii księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Spotkanie zorganizowała Fundacja im. Brata Alberta w Radwanowicach, na której konto autor przekaże zyski ze sprzedaży książki. To było bardzo ciekawe spotkanie i bardzo ciekawa rozmowa.

Kim był ksiądz Tadeusz, nie trzeba chyba tłumaczyć. Człowiek-instytucja, człowiek, który zrobił rzecz wielką tutaj, u nas, w Radwanowicach, człowiek, który tak wrósł w to miejsce, że jego wolą było zostać pochowanym na miejscowym parafialnym cmentarzu.

Terlikowski w podtytule swojej książki określił go mianem „sumienia polskiego Kościoła”, bo ks. Tadeusz rzeczywiście nim był. Nie był człowiekiem łatwym, miłym i przyjemnym, choć potrafił taki być. To był facet z niesamowitą siłą woli, trudnym charakterem, uparty jak Ormianie (był nim przecież po kądzieli), ale i wielkim otwartym na słabszych i najbardziej potrzebujących, i pokrzywdzonych przez los ludzi. To im stworzył w Radwanowicach dom. To oni byli jego rodziną. To wśród nich był ciepłym, serdecznym człowiekiem ze sporą skłonnością do żartów.

Dla mnie ksiądz Isakowicz-Zaleski był symbolem wielkiej odwagi, a to z tego powodu, że pozostając w strukturach Kościoła nie bał się piętnować zła, które się w tym Kościele działo. Pamiętam doskonale, jaki wstrząs wywołała jego książka „Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej” wydana w 2007 roku. Bo to rzeczywiście był wstrząs – zarówno wśród świeckich, jak i wśród duchowieństwa. Ks. Tadeusz uważał, że jeżeli Kościół nie oczyści się sam i nie stanie w prawdzie, straci moralne prawo do oceniania innych. Pamiętam, jak łyknęłam tę cegłę w całości, pamiętam, jakie emocje mi towarzyszyły, bo przecież opisywał tam krakowskich kapłanów, którzy w taki czy inny sposób zostali uwikłani we współpracę z bezpieką. Autor pisał, który z duchownych poszedł na współpracę ze służbami z powodów obyczajowych, finansowych, koniunkturalnych, którzy z nich zwyczajnie nie mieli kręgosłupa. Przede wszystkim jednak zwrócił się do wszystkich opisywanych księży z prośbą o zajęcie stanowiska w swojej sprawie; niektórzy to stanowisko zajmowali, niektórzy nie.
Opisał tam również mojego proboszcza, którego wszyscy uważaliśmy za świętego człowieka – to było trudne dla mnie i dla mojej rodziny, bo wzór kapłana i człowieka okazał się TW. Dlaczego? Przypuszczalnie dlatego, że w innym przypadku nie dostałby zgody na budowę kościoła w Krakowie na osiedlu Podwawelskim. A my, parafianie, doskonale pamiętaliśmy, jak nasz proboszcz (a był to człowiek niskiego wzrostu i nienachalnej urody) przemykał ze swojego mieszkania na plac budowy kościoła w kufajce i butach roboczych, bo on ten kościół do spółki z robotnikami BUDOWAŁ, a nie tylko nadzorował jego budowę. Pamiętam moją wraz z naszą drużyną harcerską społeczną pracę na budowie kościoła, wszyscy pamiętamy niesamowitą skromność naszego proboszcza i jego otwartość na ludzi i ich słabości. Wszyscy pamiętaliśmy jego polityczne kazania (no cóż, stan wojenny trwał, a on miał odwagę mówić o złu władzy i śpiewał wraz ze swoimi parafianami „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie”). Ksiądz Adam, nasz proboszcz, nie mógł odnieść się do treści dokumentów dotyczących jego współpracy z SB; był wtedy rezydentem hospicjum dla księży, który na skutek choroby Alzheimera nie miał już kontaktu ze światem.
Czemu to piszę? Bo przypuszczam, że wielu parafian krakowskich parafii miało ten sam zgryz z informacjami dotyczącymi ich księży – proboszczów, wikarych. Ta prawda czasem była trudna do udźwignięcia.

Czy może zatem dziwić, że przeciwko treściom zawartym w tej publikacji (opartej na dokumentach przechowywanych w krakowskim oddziale IPN) protestowali ludzie? Czy może dziwić, że ks. Tadeusz stał się pariasem wśród sporej ilości księży z archidiecezji krakowskiej? Nie może.

Tak samo jak nie powinno dziwić, że kiedy ujął się za skrzywdzonymi przez Kościół, za osobami wykorzystywanymi seksualnie przez księży, Kościół, a raczej jego hierarchowie, ogromnie przeciwko NIEMU protestowali. Byli przeciwko temu, że Isakowicz-Zaleski uważał, że trzeba wyciągnąć trupy z szaf i wymieść śmieci spod dywanów, bo ofiarom przestępstw dokonanych przez duchownych, a zatuszowanych przez kurie biskupie, zwyczajnie się to należy. Nie miało dla niego znaczenia, że tym ofiarom trzeba będzie wypłacić odszkodowania. Był powiernikiem tych ofiar i ich głosem.
Dlaczego? Bo się nie bał. Bo uważał, że bez wewnętrznego oczyszczenia Kościół nie może być prawdziwy.

O tym wszystkim mówił wczoraj Tomasz Terlikowski i to było ważne. Równie ważne było to, co o księdzu Tadeuszu mówili jego współpracownicy z Fundacji im. Brata Alberta.

A ja wspomniałam sobie czas, gdy chodziłam do liceum i kiedy mieszkałam w tej samej kamienicy, w której mieszkała mama i siostra ks. Tadeusza w Krakowie na ulicy Zyblikiewicza. I przypomniałam sobie psa jego siostry – pięknego wilczura, którego serdecznie nie znosił mój pies, bokser, i to jak na spacerach z psami na Plantach mijałyśmy się szerokim łukiem, a bez psów zamieniałyśmy ze sobą kilka grzecznościowych słów. Bo ksiądz Tadeusz się – w takiej czy innej formie – przez moje życie przewijał. Także gdy zamieszkałam już tutaj, w Rudawie, i gdy spotykałam się z nim i łamałam opłatkiem w czasie Wigilii Jurajskiej Izby Gospodarczej.
Teraz czytam biografię Ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, sumienia polskiego Kościoła.